29majZabawa w dorosłość
Zabawa w dorosłość

Kiedyś w świecie panował ład i porządek. Tak, tak. Naturalnie, że były jakieś odchyły, ale przynajmniej ilość osób, która negatywnie się wyróżniała była kroplą w morzu. Dziś kroplą w morzu jest człowiek z zasadami.

Patrząc wstecz - ludzie szybciej podejmowali decyzje (bo umieli to robić), marzyli o dorosłości, jak najszybciej starali się pokazać swoją samodzielność, szanowali autorytety i umieli odróżnić dobro od złego.

Czy jest to generalizacja? Tak, na pewno nawet duża. Ale tak jak kiedyś widać było jakiś nurt - tak samo i dziś. Z tą różnicą, że teraz jest to nurt bagnisty i nie zachęcający, aby do niego dołączyć. Więc dlaczego tak się dzieje? Czemu tyle osób go tworzy?

Bo standardy kiedyś a dziś uległy znacznemu obniżeniu. Tak jest łatwiej. Ale jedyne, co z tego wyjdzie to zgniłe jajo. Ludzie obudzą się, ale za późno.

Różnicę widać już na poziomie jednego pokolenia. 20-letnia matka kiedyś a jej 20-letnia córka to już zupełnie inni ludzie. Niby obydwie to dorosłe kobiety, ale tylko formalnie. To, co w głowie to składniki na zupełnie inne życie.

Patrzę na dzisiejszych młodych ludzi i przeraża mnie to. Bo to, co jest to tylko zabawa w dorosłość. Prawie 30-letni faceci, którzy mieszkają na garnuszku rodziców, bo tak jest taniej i wygodniej, którzy kiedy pokłócą się z dziewczyną wracają żalić się do mamusi. Singielki przed 30tką, które o kobiecości nie wiedzą nic naoglądawszy się tanich romansideł. Których wartość to to, co mają na sobie a nie w sobie. Studenci, którzy totalnie nie są przystosowani do pracy (i nie chodzi nawet o system edukacji, bo na to wszyscy by zaraz chcieli zgonić), którzy kończą kolejne fakultety tylko po to, aby przedłużyć etap zabawy w swoim życiu. Nie wiedzą, co to odpowiedzialność grupowa, nie umieją bronić swojego zdania bo nawet go nie mają, nie mają pomysłu na swoje życie i wegetują 5 lat po to, aby potem użalać się kolejne 5, że nie ma pracy (przecież studia nie są po to, aby przygotować się do pracy tylko się wyszaleć). 

Dziś przeciętny chłopak z miasta, kiedy ma 2o-kilka lat nie ma pojęcia o zarabianiu pieniędzy, nie wie, co to determinacja w działaniu, bo rodzice go tego nie nauczyli podkładając mu wszystko pod nos. Nie umie się starać. Nie miał gdzie ukształtować swojego charakteru, bo nie przepracował żadnych większych problemów w życiu (nie można ich mieć, kiedy siedzi się w domu i za wszystko płacą rodzice). Za to zwiedził już wiele krajów, naimprezował się w życiu i... nie potrafi tego wykorzystać. 

Podobnie jest z młodymi kobietami. Pomidory rosną w hipermarkecie, najlepszy przepis na obiad to danie na telefon a cierpliwość to stan, kiedy robisz makijaż przed wyjściem.

I wcale nie chodzi, że jestem za klasycznym modelem rodziny. On zarabia pieniądze, ona siedzi w domu i się zajmuje nim oraz wychowaniem dzieci. Sama żyję pełną piersią realizując swoje pasje, babcia robi mi kąśliwe uwagi, że zamiast psem powinnam zająć się wychowaniem dziecka i nie mam pojęcia o przesadzaniu kwiatków.

Tylko, że moi rodzice byli na tyle zdroworozsądkowi, że "odcięli" mnie od domowych finansów w wieku 18 lat i choć mieszkałam wtedy jeszcze w domu to wszystkim musiałam zajmować się sama. I sama decydować. I to była jedna z piękniejszych rzeczy, jaką mogli dla mnie zrobić. Teraz czuję, że jestem samodzielna. Że dla swojego faceta nie będę ścianą płaczu, kiedy się coś nie uda, a jak ktoś zwraca mi uwagę to nie zamykam się w pokoju na 4 spusty tylko wiem, że jest to informacja zwrotna. Już jako dziecka nauczono mnie pracy, walki o własne marzenia (choć wtedy były to strasznie proste rzeczy, takie jak pójść do tej szkoły, do której ja chcę a nie do technikum ogrodniczego, jak chcieli rodzice) i brać za swoje decyzje odpowiedzialność (jak sobie nie poradzisz w mieście - wracasz na wieś). Wyrosłam w poczuciu odpowiedzialności i obowiązku, ale też pragnień i możliwości. Poznałam obydwie strony medalu. Umiem sprostać niepowodzeniom w życiu i nie poddaję się, kiedy 10 raz zamkną przede mną drzwi. Nie załamuję się.

A kiedy patrzę na tych dorosłych przecież ludzi... przeraża mnie to. Jak kiedyś mówiło się, że ma mleko pod nosem to teraz trunki się tylko zmieniły. Strasznie trudno znaleźć partnera do interesów, który z równą determinacją będzie działał. Ludzie robią mnóstwo rzeczy, ale nie wiedzą po co. Są zajęci, ale nie produktywni. Wiedzą mnóstwo rzeczy, ale nie potrafią ich wykorzystać. Szerzą defetyzm i brak wiary. I są strasznie dziecinni. Kobiety uciekają od macierzyństwa a faceci od poważnych deklaracji życiowych bo "to ogranicza" a żadna ze stron nie czuje się gotowa. Czy ja się temu dziwię? Nie. Rozpieszczeni przez rodziców, wychowani w szklanych kulach, nie potrafiący zatroszczyć się o siebie (nie mówiąc o drugiej osobie), ciągle połączeni psychiczno-finansową pępowiną z rodzicami i myślący, że są dorośli. Bo sami pojechali za granicę, bo poznali nie wiadomo kogo, bo pracowali chwilę u wujka. Faktycznie. Niesamowite osiągnięcia.

Smutne to jest, na serio smutne. Bo obserwując, w jakim kierunku idą zmiany... boję się, w jakim świecie będą żyły moje dzieci, co nie za wiele ludzi interesuje. Tworzy się swoista kultura egocentryczna - ważne jest to, co JA czuję, JA myślę, JA chcę a nie patrzy się na drugiego człowieka. Nie mówiąc już, aby myśleć o tym, co stanie się za kilka, kilkanaście lat. Już teraz, kiedy leży śmieć na drodze - może 1 na 1000 osób go podniesie (oprócz firmy sprzątającej), bo nikt nie czuje się odpowiedzialny za to, co zrobił ktoś inny. No ale, jak nie ma odpowiedzialności nawet za siebie to... o czym ja mówię?


___
Jeśli zaciekawił Cię ten artykuł i szukasz innych materiałów na ten temat, polecam:
- natemat.pl: (np.) tu
- gazeta prawna: tu
- wyborcza: tu
- figeneration: tu

powrót
Szukaj
Newsletter
Kategorie
More
Golden Line Linked in Pinterest
Inspired me!
Facebook
góra strony
zBLOGowani.pl