02styWyznania byłego pracoholika. Ile da się zrobić w jeden rok?
Wyznania byłego pracoholika.  Ile da się zrobić w jeden rok?

Ile czasu potrzeba, aby się zmienić? Nie wiem. Ile czasu potrzeba, aby stać się sobą? Takim kimś, kto żyje zgodnie ze swoimi wartościami, ma takie relacje, jakich potrzebuje, jest świadom swoich możliwości i je wykorzystuje na co dzień? Nie wiem.

Ale wiem, że mój ostatni rok mnie znacząco przybliżył do takiego życia, jakie chciałabym wieść.

Podczas gdy poprzednie lata przypominały klęskę urodzaju – mnóstwo projektów, zadań, spotkań, wyjazdów, gdzie cel był jeden: doświadczyć jak najwięcej, nauczyć się jak najwięcej i zobaczyć jak najwięcej, ten mijający rok był zdecydowanie inny. Od dziecka byłam pełna zapału, chęci i samozaparcia, by działać. Kiedy jeszcze pojawiały się najróżniejsze okazje – ja nie widziałam w nich ukrytych pułapek, tak jak moi znajomi, tylko same szanse, które zawsze chciałam wykorzystywać na maksa. Otarło się to o pracoholizm, bo nie inaczej. Część relacji też na tym utraciła (choć te zawodowe kwitły). Lecz ja zawsze wiedziałam, że inwestycja w jedno koło samochodu ani go nie poprawi, ani nie przyspieszy. Dlatego bardzo silnie czułam, że takie skupienie na pracy może być etapem w życiu, który może wiele przynieść dobrego, ale i złego. Starałam się z niego jak najwięcej wykorzystać, kiedy był czas, ale tereaz świadomie wyrównać z rozwojem innych obszarów w życiu. 

Pamiętam, jak stopniowo (2 lata temu) wprowadzałam wolne niedziele do swojego planu (to było wyzwanie!), jak marzyłam o wolnych wieczorach, podczas których mam czas na inne rzeczy, niż tylko pracę (co w moim życiu było i jest niemalże równoznaczne z pasją): zdrowie, relacje z przyjaciółmi i rodziną, czy chociażby czas na pobycie z samą sobą. Stopniowo się to udawało. W pierwszym roku złamałam postanowienie o wolnych niedzielach tylko 5 razy (byłam przeszczęśliwa!), w poprzednim roku poszło już niemalże perfekcyjnie. Wolne wieczory też udało się wprowadzić.

Stopniowo też docierała do mnie prawda, że wszystko można, ale nie wszystko warto. Że czas przestać gonić wiatr, jak zwykła to mawiać do mnie moja dawna mentorka (która nawet nie wiedziała, że nią jest). Ciężko było w morzu tych wszystkich możliwości wybrać to, na czym bym się chciała skupić. Bo jest i moja działalność badawcza, jest i naukowa, jest fryzjerstwo, jak również aktywność społeczna. No i mój rozwój jako mówca w Toastmasters. Specjalizacja w każdym wymiarze wymaga bardzo dużo czasu i poświęcenia. A ja nie lubię i nie umiem robić czegoś „na odwal”. Pod wszystkim się podpisuję, dlatego musi być zrobione dobrze.

Jednak, kiedy zwolniłam, wyciszyłam się – myśli same zaczęły się układać. Zawsze lubiłam wnikać głęboko w siebie, dowiadywać się o wszystkim, co tam we mnie siedzi, dlatego sporo już o sobie wiedziałam. Ostatni rok był jednak znów przełomowy.

Zwolniłam
Zwolniłam bardzo. A właściwie inaczej: pokończyłam wszystko, co się dało i zaczęłam częściej mówić „nie” dając szansę innym, aby mogli spróbować czegoś nowego. Przestałam brać nowe zlecenia, które nie były związane z celem głównym. Odetchnęłam. 

Poukładałam swój dzień pracy
Po przetestowaniu nie wiem ilu systemów zarządzania sobą w czasie wybrałam jeden, którego staram się trzymać. I on zdaje rezultaty. Planuję zadania tylko na tydzień, na każdy dzień mam 5 ważnych rzeczy, które mam zrobić. Reszta opcjonalnie, jak się wyrobię. Wieczory wolne na wszystko inne. A, i już nie sprawdzam gorączkowo poczty co trochę tylko szanuję swój czas i jasno mówię, jaki mam system sprawdzania i odpisywania na maile. Te zawodowe i prywatne.

Upraszczam
W zasadzie wszystko. Korzystam z rozwiązań, które porządkują i skracają maksymalnie czas wykonania danej czynności. Pracuje też wg zasady: pracuj mądrze a nie ciężko. Staram się łączyć to, co się da, a więc np. moje badania naukowe wspierają moje działania na rynku usług fryzjerskim (ostatnie wystąpienie na konferencji naukowej tak się spodobało, że szykują dla mnie oddzielny warsztat na tematy fryzjerskie za rok :)). Nie tworzę koła na nowo.  Staram się, aby jedno działanie przydało mi się jeszcze do czegoś – w ten sposób oszczędzam i czas i energię, a maksymalizuję efekty.

Spełniłam największe (dotychczas) marzenie – niezawodowe
Wzięłam ślub. Nasz. Prawdziwy. Na naszych warunkach. W otoczce jeszcze piękniejszy, niż nawet sobie wymarzyłam (i miałam czas się tym zająć!). Wydarzenie dla mnie niezwykle ważne, nie tylko dlatego, że to ślub, choć to dla mnie zawsze było coś ważnego, ale też dlatego, że sfinansowaliśmy go sami, tak jak chcieliśmy. W niecały rok ogarnęliśmy kasę i nie bacząc na sprzeciwy rodzinne – w każdym elemencie było dokładnie tak, jak chcieliśmy (!). Całość zaskoczyła nawet nas samych. Wszystko pięknie zagrało. Ślub był cudowny a wesele samo w sobie dosłownie heart made. Bo we wszystkim pomagały osoby, które kochają to, co robią (dosłownie).

  • kościół zupełnie inny, niż ten, do którego parafialnie należymy (wbrew powszechnemu osądowi – nic nas to dodatkowo nie kosztowało a ofiara za Mszę była na serio dobrowolna, bez ceny sugerowanej); piękny, malutki, drewniany, zabytkowy, bez zbędnego patosu i strasznych aniołków, obić na krzesłach, czy witraży – i znalazł się taki niedaleko nas (!); Ksiądz (dla nas zupełnie obcy) wygłosił piękne kazanie – takie od serca. Bez szumnych haseł.
  • ciasto robione przez moją kuzynkę, która jest mistrzynią w te klocki (pychota!), tort bez „pompy”, bez udziwnień. Zamiast kwiatów, serduszek i nie wiem, czego jeszcze – obsypany owocami;
  • wszystkie kwiaty układane przez Panią, która florystyką nie jest, ale na kwiatach zna się, jak mało kto. Jej zaangażowanie, doradztwo i magiczne sztuczki zdziałały cuda a całość nie tylko pięknie wyglądała, ale i pachniała;
  • suknia szyta przez kobietę z charakterem i z wyobraźnią, dlatego miałam suknię, jaką chciałam mieć – zupełnie nie „polską”, ale taką, która idealnie uzupełnia mój charakter i nie robi ze mnie pączka w polewie;
  • i dokładnie tak samo mogłabym powiedzieć o makijażu, obrączkach, garniturze M., wodzirejach (najlepsi!) i genialnym miejscu, w którym wszystko się działo.

To wydarzenie to było coś pięknego. Tylko ludzie, którzy są nam bliscy, z którymi faktycznie utrzymujemy relacje. Ach.. na ten temat można by wiele powiedzieć. Ale nie o tym ten wpis.

Nowa rola: żona
Wiele zmienia. Przewraca, reorganizuje, przewartościowuje. Zdecydowanie polecam świadome śluby, jeśli ma się pewność, że to właściwa osoba. I że się tego ślubu chce. Bo jeśli tak nie jest to się rozpadnie ze ślubem i bez. Nie ważne jak długi to będzie związek (to akurat wiem po sobie). Lepiej to dobrze przemyśleć. Bo bycie z kimś każdego dnia i tworzenie swojego magicznego świata to trudna sztuka. O wiele prościej jest się z kimś spotykać, gdzie na tym spotkaniu jesteście tylko dla siebie – śliczni, pachnący i gadający o tym, co się tam wydarzyło. Nawet, jeśli podejmujecie wspólnie decyzje to kiedy się jest już razem, każdego dnia – to zupełnie inny kaliber. Na spotkaniach on zawsze zwracał uwagę na Ciebie -  w domu, gdzie się normalnie żyje, kiedy on też jest po pracy a Ty go o coś prosisz a on idzie to zrobić może być trudniej z kwiecistym językiem rodem z tureckiego serialu (słyszałam kiedyś listy głównego bohatera z Tureckiego Stulecia – to są dopiero wiersze miłosne!). W związku randki się planowało i to było normalne. W małżeństwie – jeśli nie wyrobiliście sobie takiego nawyku, szybko zanikną w toku wszystkiego, co jest do zrobienia. Bo o własnym mieszkaniu też się inaczej myśli niż o stancji, na której się mieszka w trakcie czy po studiach. Ty też nie jesteś zawsze piękna, nie zawsze kwitnąca i promienna i nie zawsze masz czas, aby 3h przygotowywać kolację, jak kiedyś (gdzie robiłaś takie wypasione dania raz na jakiś czas, więc można było sobie na to pozwolić). O małżeństwie też mogłabym wiele napisać, ale to też nie post o tym. Jednak zdecydowanie polecam małżeństwo, bo ono serio może być prawdziwą bajką, ale o to muszą się starać (ciągle!) dwie (!) strony (a więc Ty też!).

Znalazłam czas dla rodziny
Zajęłam się relacjami. Nie tylko narzekaniem, że nie wszystkie mi pasują, więc nie widzę sensu, aby je ciągnąć, lecz także naprawianiem ich i dbaniem o nie. Czyli nie byciem w relacjach, ale tworzeniem ich. Zrozumiałam też chyba o co z tą rodziną chodzi i po co jest rodzina (nawet ta, z którą widzisz się kilka razy do roku przy dobrych wiatrach). I nauczyłam się doceniać te relacje. Bo wcześniej ciągle brakowało mi czasu (choć tak na serio była to wymówka, bo zbyt wiele mi nie pasowało, ale nie wpadłam na to, żeby się tym zająć, zamiast uciekać).

Zaakceptowałam, że nie wszyscy będą mnie kochać
Zrozumiałam, że chociażbym nie wiem jak się starała, zawsze znajdzie się ktoś, komu będzie coś nie pasować. Kto będzie doszukiwał się w moich osiągnięciach oszustwa a w moim działaniu będzie widział same nieczyste intencje. Bo im jesteś wyżej to owszem – więcej zobaczysz, ale też stajesz się bardziej widoczny. A wtedy łatwo sobie dopowiedzieć do tego, czego się nie wie. W tym roku miałam taką sytuację, która aż mnie zaskoczyła. Okazało się, że w jednym ze swoich miejsc pracy mam wroga. Nawet dwóch. Sposób, w jaki działają przypomniał mi czasy z gimnazjum. Donoszenie, blokowanie działań, oczernianie, krytykanctwo w czystej postaci (aż zapomniałam, jak to jest bo normalnie otaczam się w zupełnie innym środowisku, gdzie się mówi otwarcie, bezpośrednio, gdzie środowisko Ci sprzyja i daje feedback, jak coś mógłbyś zrobić lepiej). Ale nie zamierzam się tym przejmować. Oni marnują swoją energię, ja nie zamierzam. Jednak ta sytuacja też była ważna bo mi uświadomiła tę ważną prawdę, od której zaczęłam. 

Odkryłam jogę
W swoim życiu już i biegałam i pływałam, ale też chodziłam na cross fit. Wszystko ma swoje plusy. Jednak joga jest niesamowita. Tu jesteś tylko Ty i Twoje ciało. Uczysz się zostawiać wszystkie myśli na zewnątrz i pracować tylko wybranymi partiami mięśni. Nie robisz czegoś, aby wyglądać szczuplej, nie biegniesz, żeby zapomnieć, nie skaczesz do traty tchu, żeby sobie udowodnić, że kolejne 30 sekund Cię nie zabije. Tu uczysz się prostych prawd. Spotykasz się w naturalny sposób ze swoimi ograniczeniami i stopniowo a nie inwazyjnie je pokonujesz. Bez wielkiego wysiłku - to samo się staje. Wymaga jedynie konsekwencji, która przez to, że to nie jest katorżnicze - jest dosyć prosta. Od jogi nie uciekam. Na nią idę z ochotą. Bo nie dość, że ćwiczę swoje ciało, to jeszcze odpoczywam na niej. I dowiaduję się mnóstwo o swoim zdrowiu (żadne badania mi tyle nie powiedziały o moim kręgosłupie i problemie ze stopą, co mój jogin).

Dotarło do mnie, że można mieć życie jaki się chce

Musisz jednak wiedzieć, co to znaczy "Twoje życie". Znać odpowiedzi na takie pytania jak: jakie relacje chcesz tworzyć, na jakich zasadach i wartościach oparte, jak chcesz spędzać wolny czas, gdzie chcesz mieszkać, gdzie i jak pracować, ile pracować, jak chcesz, aby wyglądało Twoje mieszkanie, po co Ci są nowe znajomości, podróże... itd. A potem uświadomisz sobie, po co Ci asertywność, planowanie, umiejętności komunikacji, negocjacji i zarządzanie finansami. I nagle zapragniesz się tego uczyć.

Tak było i u mnie. Ja wiedziałam zawsze, że można, bo widziałam, jak inni do tego dochodzą (choć tych przykładów było mało, jak ja dorastałam i budowałam swój świat). Ale w ciągu ostatniego roku mnóstwo rzeczy (szczególnie tych pozazawodowych) zostało zrealizowanych. I to dało mi tę pewność. Dlatego wszem i wobec głoszę: da się! Świat jest pełen możliwości, ludzie są pełni możliwości. Trzeba to tylko odkryć! A od samego gadania się nie odkryje. Trzeba wiedzieć co się chce osiągnąć i przyjąć do wiadomości, że nie za pierwszym, nie za piątym razem się uda, ale może za 6 już tak! 


Ja też się mogłam poddać - pewnie już setki razy. Tylko po co? Mi zależy na efekcie. A nie na urażonej ambicji, że za pierwszym razem nie wyszło. 

Dlatego podsumowując swój dzisiejszy wpis: da się! W każdej dziedzinie Twojego życia. Każdą trzeba rozwijać - w różnych momentach życia inne stają się ważniejsze, ale nigdy jedna, czy dwie nie mogą zdominować całości. Praca była dla mnie ważna, nadal jest ważna i ciągle będę robić wiele rzeczy, ale po to uczyłam się właśnie uczyłam efektywności, aby mieć czas na inne radości w życiu :) A nie tylko spełnienie zawodowe. 

powrót
Szukaj
Newsletter
Kategorie
More
Golden Line Linked in Pinterest
Inspired me!
Facebook
góra strony
zBLOGowani.pl