16styI po co to wszystko?
I po co to wszystko?

I po co to wszystko? Po co ta cała gonitwa? Za karierą, za uznaniem, za perfekcjonizmem, za udoskonalaniem siebie? Wszędzie tylko "ja", "ja" i "ja".

A mimo wszystko w ludziach jest tak mało... ludzi.

Zwykłej, czystej życzliwości. Szczerego uśmiechu. Prawdziwego, uważnego spojrzenia w oczy, gdy z kimś rozmawiasz. Brakuje autentycznego zainteresowania się drugim człowiekiem. Jest za to bardzo dużo sprzedaży. Samego siebie. Wszędzie.

Zwróć uwagę jak często ludzie pytają: jak tam w pracy? Właściwie od tego zaczyna się większość rozmów. Ale jak mało osób pyta: co się dzieje w Twoim sercu? Czy jesteś szczęśliwy? I może powiesz, że pierwsze pytanie jest o wiele mniej inwazyjne, prywatne, a do drugiego wymagana jest o wiele większa zażyłość, czy relacja pomiędzy ludźmi, to zgodzę się z Tobą tylko po części.

Zadziwia mnie to, ile ludzi zadaje pytania, ale równocześnie jak rzadko słuchają odpowiedzi. Ale tak prawdziwie. Tak, że dają możliwość odpowiedzieć i chcą ją zrozumieć, a nie przekształcić na swoje.

Tak, zbudowałam sobie świat, otaczam się ludźmi, którzy mnie wspierają, którzy autentycznie szczerze mi życzą, którzy chcą mnie zrozumieć i starają się podpowiedzieć przez pryzmat moich wartości. Ale nadal jestem zwykłym człowiekiem, który ma mnóstwo zwykłych sytuacji. Który wychodzi na zwykły wieczorny spacer z psem i rozmawia z sąsiadką. Która niby mnie pyta, jak ja to zrobiłam, że tak wyszkoliłam psa, więc ja w głębi szczerego serca zbieram najlepsze taktyki, aby się z nią podzielić, wybieram to, co najcenniejsze a czego uczyłam się sama, lecz ona ledwo skończyła pytanie już zaczęła opowiadać o koleżance, która miała psa takiego jak mój, ale jej to się w ogóle nie udało. A potem płynnie przeszła do użalania się nad swoim. I nawet nie zorientowała się, że nie dała mi szansy odpowiedzieć. I dalej będzie żyła w przekonaniu, że "mi to się udało", "mi to się trafił spokojny, ułożony pies" a ona to ma "zawsze pod górkę". Choć prawda wcale taka nie jest.

I takich sytuacji jest tysiące. Jeżdżę czasem MPK, słucham rozmów ludzi. Siedzę w kawiarni, czekając na umówione spotkanie - obserwuję, co się dzieje. I nadziwić się nie mogę. Ludzie zupełnie nie umieją być ze sobą. Nie umieją rozmawiać, nie potrafią słuchać, nie chcą zrozumieć tej drugiej strony. Wygląda to tak, jakby obydwie strony mówiły do siebie zupełnie innymi językami i po zakończonym spotkaniu rozchodzą się, by utwierdzić się w z góry założonym przekonaniu ("tak, jak myślałam - ona jest skończoną egoistką", "ale to jest karierowicz""ale ona jest okropną matką", itd.).

Przykre jest to, jak ludzie nie umieją budować relacji. Takich prawdziwych, autentycznych, że im na sobie naprawdę zależy. Że za sobą naprawdę tęsknią. Że o siebie naprawdę się martwią. Że w tych relacjach są naprawdę sobą.

Mam wrażenie, że ludziom to coraz bardziej umyka. Że wystarcza im to, co widzą w internecie, by móc uznać, że znają tego drugiego człowieka. Tylko w zasadzie dalej nic o nim nie wiedzą. Ani skąd wyruszył, ani dokąd zmierza. A te informacje są kluczowe, by zrozumieć, dlaczego ten ktoś jest w takim miejscu, jak ten teraz. Bez tego dalej będziesz starał się formować kogoś wg własnych przekonań zamiast pomóc mu rozwinąć skrzydła.

Bo żeby być z ludźmi tak naprawdę trzeba zaakceptować, że każdy ma swoje życie i ma prawo przeżyć je dokładnie tak, jak chce. A Twoim celem nie jest go od tego odwieść, tylko go wesprzeć. Dodać otuchy, uwierzyć w niego i razem z nim iść jego drogą. Pozwalając mu na błędy. Wiele błędów.

Bo Ty dokładnie tego samego potrzebujesz. Przecież doskonale wiesz, jak irytuje Cię, gdy ktoś Ci perswazyjnie "doradza", gdy ktoś "wie  lepiej niż Ty", jak stresujesz się, gdy masz powiedzieć, co czujesz naprawę a obawiasz się reakcji tej drugiej osoby. Bo zwyczajnie chciałbyś być  wolny a ni ograniczany. I inni ludzie też dokładni tak mają.

Więc dlaczego ludzie nie chcą się poznać? Dlaczego nie potrafią zapytać o to, co w życiu ważne? Dlaczego nie potrafią pomilczeć w bezradności, gdy jest taka sytuacja, zamiast "radzić" bez sensu lub pocieszać wyuczonymi frazesami "to minie".

Ludzie potrzebują innych ludzi. Ale nie przyjaciół-kierowników, domowych szefów, czy życiowych poganiaczy. Potrzebują innych ludzi. Z krwi i kości. Autentycznych. Z problemami, bolączkami, ze swoimi troskami. A nie wymuskane obrazi i wyidealizowane obrazy innych postaci. Bo świat taki nie jest. Ludzie nie są perfekcyjni. Więc dlaczego tak bardzo udają? Dlaczego tak bardzo boją się "odkryć"? Pokazać, jacy są naprawdę? Dlaczego boją się pokazać, że w jednym obszarze radzą sobie świetnie a w innym są maluczcy? Dlaczego boją się podzielić tym z kimś innym? Dlaczego wolą pokazywać tylko swoje sukcesy, lub tylko swoje porażki jakby to, co pomiędzy w ogóle nie istniało?

Tak strasznie się szufladkujemy. Najpierw sami siebie a potem innych. Nie pozwalamy sobie, na bycie tacy, jacy jesteśmy naprawdę. Bo ktoś, kto nie czuje się zawsze 100% sobą nie pozwoli na to komuś innemu - choćby był mu najbliższy. Bo nie możesz dać komuś, czego nie masz. Jak nie masz wyrozumiałości dla siebie, to nie będziesz miał jej i dla innych. Jak nie umiesz zaakceptować swoich niedoskonałości, to nie pozwolisz na nie swojemu mężowi, przyjaciółce, czy każdej innej osobie.

Polacy są narodem bardzo nieszczęśliwym. Który bardzo cierpi. Bo mają dwa życia - to, które pokazują światu i to, które ukryte jest głęboko w ich sercach, do których często nie chcą dopuścić sami siebie. Dlatego nie potrafią odpuścić żalu i tych wszystkich krzywd, które doznali, ale też nie umieją odnaleźć siebie, bo swoje wnętrze zamknęli na klucz, który ukryli tak głęboko, że aż sami nie potrafią lub nie chcą go odszukać.

Bo tak bardzo boją się pokazać innym, jacy są. Bo tak ciężko zaakceptować im, że są różnorodni. Nie zawsze tacy sami. Że mają w sobie kilka części, z których każda chce być widoczna. Bo boimy się, co o nas pomyślą inni.

Niedawno zapytałam swoich znajomych o to, jak mnie postrzegają. Rozesłałam im króciótką ankietę na swój temat. Odpowiedzi były bardzo różne, choć w całokształcie spójne. Jedni widzieli we mnie silną, upartą, mocną i zawsze dążącą do celu kobietę, inni niezwykle ciepłą, życzliwą, dobroduszną i pomocną osobę, jeszcze inni postrzeloną wariatkę, która ma niespożytą energię i kreatywne pomysły, a jeszcze inni lidera. I każdy z nich miał rację. Bo taka jestem. Bo kiedy idę do pracy - wykorzystuję te umiejętności, których potrzebuję. Kiedy idę się spotkać ze znajomymi - wariuję, śmieję się, szaleję, a kiedy wracam do domu potrafię zachowywać się jak dziecko i w niczym nie przypomina to tej Moniki, która zarządza ludźmi. I akceptuję taką siebie, bo wiem, jakie to ważne. Bo nie mam tylko prawej ręki, którą piszę, mieszam, otwieram drzwi, ale też i lewą, którą równie często używam, choć nie zauważam. I tak jest z naszymi osobowościami. Mamy ich kilka - bardzo różnych. Podróżnika, dziecka, kierownika, buntownika, odkrywcy, perfekcjonisty, luzaka, duszy towarzystwa, seksownej kobiety i wojowniczki - mogłabym wymieniać bez końca. I każda chce być zauważona, bo każda jest potrzebna i odzywa się w innym momencie. 

Tylko dlaczego ludzie nie chcą tego zaakceptować?

powrót
Szukaj
Newsletter
Kategorie
More
Golden Line Linked in Pinterest
Inspired me!
Facebook
góra strony
zBLOGowani.pl