03marChcę mieć wszystko
Chcę mieć wszystko

Chcę zarabiać dużo pieniędzy, mieć nienormowany czas pracy. Wychodzić, kiedy chcę i pracować, gdzie i kiedy chcę. Chcę mieć możliwości rozwoju. Chcę podróżować. Mieć klientów z różnych krajów. Chcę, aby opłacali mi hotel i przelot, kiedy będę jechał do klienta. 

Chcę mieć własne mieszkanie w wieku 30 lat. Chcę, aby było urządzone jak z katalogu. Z gustem, dużo przestrzeni, w jasnych barwach, ze sprytnymi rozwiązaniami, które uproszczą i umilą mi życie. 

Chcę mieć modne ubrania i swój samochód. Ale nie byle jaki, nie z drugiego obiegu i nie taki, który mało pali. Chcę żyć na poziomie. Jak w "Suits". No i zarabiać 10 tys. na rękę.

Ale nie chcę nic robić.

To klasyka tego, o czym słucham rozmawiając z młodymi ludźmi na studiach. Większość z nich (jakieś 99%) nie jest świadoma pułapki swojego myślenia. Nie mają oczekiwań, ale dużo wymagają (paradoks, prawda?). Chcą, aby zajęcia były ciekawe, angażujące, kreatywne, wypełnione ciekawymi zadaniami, przy których dobrze się pobawią, jak się da to najlepiej nie chodziliby na zajęcia i nie robili nic "pomiędzy nimi", czyli w swoim czasie wolnym.

Narzekają na studia (nieprzydatne), na prowadzących (nudni, odtwórczy), na program zajęć (źle ułożony, treści programowe się powielają), ale w swoim zachowaniu niczego złego nie widzą. Oczekują magicznej pigułki wiedzy, którą ktoś im da (bo im się należy), którą wystarczy zażyć i stanie się to, od czego ten artykuł się rozpoczął. Chcą wszystkiego, ale od siebie nie chcą dać nic. Chcą pewnie wyjść na rynek pracy i zarabiać w pierwszym roku pracy kilka tysięcy "na rękę" nie mając podstawowych umiejętności: zarządzania sobą w czasie, umiejętności podejmowania decyzji, radzenia sobie z krytyką, efektywnej pracy w grupie, delegowania zadań, motywowania innych i dawania informacji zwrotnej. Od uczelni i od pracodawcy oczekują wiele, tylko nie od siebie.

Ci ludzie nie widzą, że umiejętności nie ma się jak nauczyć, jeśli się ich nie wyćwiczy. A tego nie da się zrobić bez ich aktywnego udziału. Tak samo jak nie da się schudnąć od samego oglądania ćwiczeń na YouTube. Postawy liderskiej nie nauczysz się siedząc biernie na zajęciach, tylko wtedy, kiedy aktywnie starasz się oddziaływać na grupę. Asertywności nie nauczysz się biorąc całość projektu "na siebie", bo innym się nie chce pracować a Ty boisz się konsekwencji niewykonanej pracy. Zarządzania czasem nie da się wyćwiczyć robiąc wszystko na ostatnią chwilę. Wyrażania swojego zdania również, jeśli non stop godzisz się na nudne zajęcia. 

Wiedzę możesz zdobyć w ostatnią noc przed egzaminem, ale umiejętności nie da się. Wiedza daje 5 na egzaminie, ale umiejętności zarobki i życie, o jakim marzysz. 

Czas = życie.

Marnując swój czas, marnujesz swoje życie.

Większość ludzi żyje z dnia na dzień nie robiąc nic i oczekując, że ich życie się zmieni. Tylko że tak rodzi się jedynie frustracja. Pracując obecnie z ok. 350 młodymi osobami po 20 roku życia widzę może jedną, góra dwie, o których zatrudnieniu bym pomyślała. Cała reszta wyjedzie szukając szczęścia dalej, będzie zasilać szeregi bezrobotnych utwierdzając się w przekonaniu, jak mu/tu jest źle, lub pójdzie na utrzymanie rodziców, albo do pracy, która da im minimalne wynagrodzenie. Widzę też kilka osób, które kierują się w stronę "agresywnych rekinów biznesu". Jednak jest ich garstka.

Dla mnie to przeraźliwie smutne, jak Ci ludzie mogą tak wegetować przez okres studiów absolutnie nie wykorzystując czasu, jaki został im dany. Siedzą i utwierdzają się w swoich przekonaniach wykopując sobie swój własny dołek. Mówią, że studia niczego nie uczą (tylko, że to oni nie uczą), niczego nie dają (tylko, że w wielu przypadkach to oni nie sięgają po te oferty, nie są ich świadomymi bo ich nie szukają, czekają aż ktoś przyjdzie do nich i im wszystko wyłoży jak na tacy), mówią, że na studiach marnują swój czas (w praktyce marnują jeszcze czas prowadzących). 

Studenci nauczyli mnie, że nie możesz pomóc komuś, kto tej pomocy nie chce. Kiedyś widziałam w tym zdaniu tylko osoby, którym jest źle (trudna sytuacja życiowa), ale dzięki nim zrozumiałam, że chodzi też o pokazywanie szans. Jeśli ktoś nie chce zobaczyć szansy to choćbyś go za rękę pociągnął to jej nie zobaczy.

Z życiowej misji dzielę się wiedzą i zależy mi na rozwoju innych (bez tego ja sama bym się nie rozwijała). Z doświadczenia staram się uczyć innych tak, aby nie powielać błędów, których ja kiedyś doświadczyłam na własnej skórze (nudne zajęcia, przepisywanie regułek, klepanie wiedzy na pamięć, karanie za inne poglądy, wiedza nieprzydatna w życiu codziennym). Jednak okazuje się, że te wszystkie głośne krzyki nie niosą za sobą działania. Ludzie dużo mówią, ale dalej mało robią. I choć przygotowuję kreatywne zajęcia i robię wiele innych rzeczy z nastawieniem na korzyść dla nich - oni dalej tkwią w swoim "beznadziejnym" świecie. 

Chcą kreatywnych zajęć - wymyślam, tworzę. Zapytacie, ile osób później "w to wchodzi"? Odpowiem: niewiele. Może 5-10%. Daję wiele możliwości, dzielę się wiedzą (za darmo! w dodatku wiedzą, do której doszłam w większości sama), pokazuję, jak to wygląda na rynku, uświadamiam, przygotowuję rynkowe casy, przedstawiam minimum teorii. Niby wszystko, czego chcieli. W praktyce jednak wchodzisz na zajęcia, gdzie siedzi 20-30 znudzonych życiem osób, które czekają tylko, aby wrócić "do swojego świata", którzy zamiast dawać - odbierają Ci energię.Trudno jest w takich warunkach prowadzić zajęcia i przygotowywać się na następne, choć wiesz, że formalnie można by zrobić "podstawowe' zajęcia i przynajmniej nie zabrałoby Ci to tyle czasu.

Przykro jest, kiedy widzisz, że inni patrzą tylko na siebie. Chcą zajęć z praktykami, ale kiedy już je mają nie potrafią zobligować się do wysłania  zadania w terminie zapominając, że praktyk poza uczelnią ma swoją pracę i jeśli coś nie zadzieje się w czasie do tego przeznaczonym to po prostu spada z listy priorytetów. 

Do tanga trzeba dwoja. Do wzrastania też. Babcia nie bez powodu mówiła: kijem rzeki nie zawrócisz.

Stąd moja refleksja taka: nie zmienisz kogoś na siłę. I nawet jakbyś usuwał wszystkie kolce spod nóg i podkładał aksamity pod stopy - jak ktoś chce być niezadowolony to dalej będzie (w końcu kolor aksamitu też może być nie taki).

Przykro mi, że sytuacja wygląda tak, jak wygląda bo ja sama żałowałam, że ktoś nie pracował ze mną tak, jak ja staram się pracować z innymi. Ciężko pogodzić mi się z tym, że większość z tych ludzi "powieli schemat" nieszczęśliwego życia po studiach, ale to kolejny raz dowodzi teorii, że nie odrobisz za kogoś czyjejś lekcji i widocznie potrzeba mu bardziej brutalnego zderzenia z rzeczywistością, aby chciał zmienić swoje życie na lepsze cokolwiek pod tym pojęciem rozumie). 

So true, well if it seems that way then yes you have to give up, some people show caring different, but then some are just that, non caring, self absorbed narcissistic butt heads, I will never understand them, nor how they just keep getting away with using everyone they can to keep feeding their own needs.~RP~

A jakie są Wasze doświadczenia w tym temacie? Czy Wy też widzicie grom osób, które krzyczą, że potrzebują pomocy, ale w istocie nie chcą się zająć rozwiązaniem problemu? Chcą jedynie ryby, ale nie tego, aby ich nauczyć łowić (lub mówią, że chcą, ale w praktyce nie biorą się do pracy)? Jak Wy sobie z tym radzicie?

 

powrót
Szukaj
Newsletter
Kategorie
More
Golden Line Linked in Pinterest
Inspired me!
Facebook
góra strony
zBLOGowani.pl